We wsi Czarektar, przy górskiej drodze łączącej północną część Górskiego Karabachu z Armenią, w ciemności jasno płonie kilka domów. W pobliżu są samochody z przedmiotami gospodarstwa domowego.

"Nie chcemy, aby Azerbejdżanie mieszkali w naszych domach. Niech sami budują domy dla siebie" — powiedział 33-letni mieszkaniec Czarektaru Karen. Dorastał w tych ścianach, za tymi oknami, z których teraz wybuchają ogromne języki ognia. Teraz przeniósł rodziców do Armenii i jakoś zaaranżuje życie w nowym miejscu. Karen jest przekonany, że ​​wkrótce, może za kilka lat, będzie mógł wrócić do Czarektaru. Z pewnością nie będzie to spokojny powrót — wynika to z jego tonu i ogólnego nastroju.

Czarektar znajduje się w rejonie Kelbadżarskim, a ten rejon, zgodnie z porozumieniem, które powstrzymało wojnę, ma wrócić pod kontrolą Azerbejdżanu za kilka dni. Dlatego domy płoną zarówno w Czarektaru, jak i w sąsiedniej Dadiwance, gdzie znajduje się starożytny klasztor, a także w innych wioskach po drodze.

27 lat temu w rejonie Kelbadżarskim, położonym między Górskim Karabachem a Armenią, też płonęły domy, palili je również Ormianie, ale w zupełnie innych okolicznościach. Wiosną 1993 roku formacje ormiańskie zajęły terytorium regionu bitwami, ludność azerbejdżańska uciekła, a Ormianie zaczęli metodycznie niszczyć ich opuszczone domy, podobnie jak w innych okupowanych regionach samego Azerbejdżanu.

 

Teraz przyszła kolej na Ormian do pilnej ewakuacji

Na drodze prowadzącej przez rejon Kelbadżarski do Armenii, jedna po drugiej, pojawiają się samochody pełne przedmiotami gospodarstwa domowego, ciężarówki z kanapami i lodówkami, obok są rzadkie stada krów i owiec — ludzie próbują przenieść ich do Armenii.

W jednym miejscu przy drodze demontowana jest restauracja. Na ciężarówce są nie tylko sprzęt i meble, ale także okna i drzwi. Tu i ówdzie po drodze wycinają drzewa — trzeba zabrać ze sobą wszystko, co wychodzi, a drewno na opał jest w Armenii dość drogie. Na drodze jest więcej ciężarówek z drewnem niż samochodów z rzeczami osobistymi.

Zgodnie z porozumieniem pokojowym ogłoszonym w nocy 10 listopada przez prezydentów Azerbejdżanu i Rosji oraz premiera Armenii, pod kontrolą Baku pozostaną również okupowane regiony Górskiego Karabachu, czyli byłego radzieckiego obwodu autonomicznego Górskiego Karabachu. W tym miasta Hadrut i Szusza. Tam również dla Ormian nie ma powrotu. Prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew co prawda zapewnia Ormian z Karabachu, że będą mogli żyć spokojnie i szczęśliwie pod rządami Azerbejdżanu, ale mu nie wierzą.

Gajane Arszakian uciekła z Hadrutu wraz z córkami, matką i teściową na początku października i od tamtej pory mieszka w hotelu w Erywaniu. "Płakałam całą noc. To był taki szok", mówi Gajane o tym, jak przyjęła wiadomość o porozumieniu, na mocy którego Hadrut i jej dom pozostaną pod kontrolą Azerbejdżanu. Pomysł powrotu — nawet pod kontrolą obiecaną przez ONZ — Gajane odrzuca: nie widzi, by mogła mieszkać obok Azerbejdżanów.

Nie chcą wracać do Karabachu nie tylko mieszkańcy tych terenów, które już przeszły lub znajdą się pod kontrolą Azerbejdżanu, ale nawet uchodźcy ze stolicy nieuznanego Górnego Karabachu, Stepanakertu, i innych regionów, które pozostaną ormiańskimi. Krótko przed zakończeniem wojny rzecznik praw obywatelskich Karabachu Artak Beglarian stwierdził, że około 90 tysięcy z 150 tysięcy mieszkańców Karabachu są teraz uchodźcami.

Po 7 listopada, kiedy armia armeńska ostatecznie straciła Szuszę, nastąpiła ostatnia fala kryzysu: resztki ludności cywilnej masowo ewakuowały się ze Stepanakertu i innych regionów w sytuacji na granicy paniki. Droga do Armenii przez wiele kilometrów była wypełniona samochodami. Teraz, kilka dni po zakończeniu walk i ostrzałów, Stepanakert wygląda, jeśli nie całkowicie wymarły, ale jest jakimś ledwie żyjącym miastem.

Prawie wszystkie sklepy i hotele są zamknięte, centrum prasowe nie działa. Gdzie jest prezydent nieuznanej Republiki Górskiego Karabachu Arajik Harutiunian, wciąż trudno powiedzieć. Na ulicach są wyłącznie mężczyźni w kamuflażu, ale jest ich bardzo niewielu. Wędrują lub stoją w rozproszonych grupach lub pojedynczo. Dziennikarze, którzy pracowali tu przez całą wojnę, mają poczucie, że teraz w Stepanakercie wszystko się po prostu zawaliło, i stare życie już nie wróci.

Diana Chaczatrian ma 22 lata, uciekła ze Stepanakertu ze swoją małą córką i teściową i mieszka teraz w hotelu w Erywaniu. Mąż i wszyscy inni krewni mężczyźni pozostali w Stepanakercie. Jednak teraz Diana myśli, że tam nie wróci.

"Rozmawiałam z nimi [po wiadomości o porozumieniu pokojowym] — nikt jeszcze nic nie robi, wszyscy czekają na cud, że to zostanie odwołane, bo wszyscy rozumieją, że nie da się tak żyć. Mamy ciężkie doświadczenie — nie ja, bo nie było mnie tam wtedy, ale nasi krewni, nasze matki i ojcowie mówią, że nie da się z nimi żyć" — wyjaśnia Diana, która urodziła się cztery lata po pierwszej wojnie w Karabachu.

"Bardzo chcielibyśmy wrócić, ale jeśli są tam Azerbejdżanie, to nie wrócimy, bo boimy się o życie naszych dzieci. Wiemy, że jeśli są blisko, to możemy się nie obudzić każdego dnia. Mogą łatwo wejść do naszego domu i zabić. Nie ufamy nawet tym siłom pokojowym".

W ostatnim zdaniu Diana oznacza rosyjskie siły pokojowe. Wiele osób pokłada w nich nadzieję, że mieszkańcy regionów pozostających pod kontrolą Ormian stopniowo się uspokoją, uwierzą w spokój i powrócą. 12 listopada rosyjscy spadochroniarze dotarli do Stepanakertu, przejmując tym samym kontrolę nad drogą łączącą stolicę Górskiego Karabachu z Armenią. 13 listopada między Erewanem a Stepanakertem zaczęły kursować bezpłatne autobusy, którymi uchodźcy będą mogli wrócić do domu.

 

Wielu z tych, którzy zostali w Stepanakercie, nie zamierzają się wyjeżdżać

"Musimy zostać. Musimy zostać. Życie musi toczyć się dalej", — mówi mieszkaniec Stepanakertu Wache, ze smutkiem rozglądając się po swoim sklepie luksusowych mebli, zniszczonym przez wybuch rakiety.

Jak dotąd szok po klęsce i trudne warunki pokojowe, na które zgodziła się Armenia, nie minęły jeszcze dla wielu. Nune, teściowa Diany, była niegdyś uchodźczynią: uciekła na samym początku konfliktu karabaskiego, w 1988 roku, ze stolicy wtedy jeszcze radzieckiego Azerbejdżanu, Baku.

"Nie ma drogi powrotu do Karabachu, — mówi Nune z przekonaniem. — Jeśli wszystko pozostanie bez zmian, a najprawdopodobniej tak będzie. Osobiście wyjechałabym z Armenii. Ponieważ już nikomu nie ufam".

 

Autor:

Mikhail Panasenkov

Źródło:

https://www.bbc.com/russian/features-54930278

Państwo: 

Dodaj komentarz

Zwykły Tekst

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.
1 + 0 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.